Poniedziałkowy poranek, 4 maja to szum wokół prezydentury Andrzeja Dudy i planowanych wyborów korespondencyjnych. Nie są one praktycznie przygotowane, a dobrowolna dymisja pozwoliłaby na rozpisanie ich w innym terminie.

Prezydent przemówił do obywateli w poniedziałkowy poranek, ale dymisja nie była powodem jego wystąpienia. W internecie huczy o rozważaniach partii rządzącej o dobrowolnym poddaniu się do dymisji Andrzeja Dudy. Przygotowania do wyborów korespondencyjnych idą powolnie i z przeszkodami. Bardzo wiele wskazuje na to, że prawdopodobnie doszło do wycieku kart wyborczych. Partia rządząca szuka nowego rozwiązania. Organizacja wyborów jest coraz trudniejsza, a dymisja Andrzeja Dudy może się okazać receptą na wyborczą porażkę. Wiemy, że głosowaniu w sposób korespondencyjny sprzeciwia się Jarosław Gowin, niedawny wicepremier.

Nadal obowiązuje data 10 maja, jako data wyborów prezydenckich. Wiele osób jednak twierdzi, że nie da się ich przeprowadzić. Sąd Najwyższy w swym stanowisku wypowiedział się, że „nie jest możliwe przesunięcie terminu wyborów”, bo naruszyłoby to konstytucję. Oczywiście można wprowadzić stan klęski żywiołowej, czy też stan wyjątkowy, jednak to automatycznie przedłużyłoby kadencję Andrzeja Dudy. Jest tylko jeden, poważny problem. Przepisy o stanie nadzwyczajnym dają szansę firmom, które są zamykane przez rząd na czas pandemii prawo do łatwego dochodzenia odszkodowania. Według Gowina mogłoby to się skończyć bankructwem państwa.

Sytuacja zmieniłaby się, gdyby Andrzej Duda podał się do dymisji. Proces jego odejścia jest opisany w konstytucji. Marszałek sejmu zarządziłby nowe wybory w odpowiednim terminie, co dałoby czas na ich odpowiednią organizacji według przepisów prawa. Można by było je zorganizować kilka dni po rezygnacji prezydenta, a najpóźniej 2,5 miesiąca po jego dymisji.

Daje to czas do połowy lipca na przygotowanie pola manewru. Nowy prezydent zostałby wybrany do końca lipca lub na początku sierpnia.

w.b.

 

0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments